Hamburgerem być.

Hamburgerem być.

Długo myślałam nad nazwą dla tego wpisu. I najtrudniej jest mi nazwać miejsca, do których wielokrotnie wracam, bo już dość mocno funkcjonują w mojej pamięci no i nie są jednorazowym wydarzeniem, jak to z innymi zwykle bywa. A o Hamburgu, to myślę sobie, że jest jednym z piękniejszych miast w jakich byłam i że zawsze mnie bawi, że o mieszkańcach Hamburga mówi się jako o Hamburgerach hehe. No to tak wyszło.

Już gdzieś o tym wspominałam (pewnie setki razy), ale może nie wszyscy pamiętacie, ale mam siostrę mieszkającą pod Hamburgiem. W zasadzie to nadal taki Hamburg, ale już inaczej się nazywa no i nie ma siły, żebym jej nie odwiedziła przynajmniej raz do roku. Tym razem prowodyrem naszej wyprawy był Wojtek - na naszą czwartą rocznicę wspaniałomyślnie sprawił nam bilety na koncert Devendry Banhart, który był jednym z gości festiwalu Reflektor organizowanego przez Nilsa Frahma (na Nilsa już nie było biletów </3). Uważam, że to piękny ukłon Nilsa w stronę jego rodzinnego miasta, jakim jest Hamburg, że zorganizował tak niesamowite wydarzenie właśnie tutaj, a ukłon miasta w stronę Nilsa, że wszystko to miało miejsce w murach niczego innego, tylko filharmonii hamburskiej, znanej jako Elbphilharmonie.


Głośno było o budowie tego obiektu, o jego rozmiarach, przeciąganych terminach no i najgłośniej - o rosnących kosztach. Budowa rozpoczęta w 2007 roku, mająca się zakończyć w 2010, co ostatecznie stało się w 2016 roku. Początkowy koszt miał zamknąć się w 76mln euro, a zakończyło się na... 866mln. Euro. Ktoś się lekko nawet nie, że przeliczył, ale nie doliczył. Mimo tych wszystkich przesunięć, osunięć i wzrostów kosztów efekt końcowy zapiera dech w piersiach, a filharmonia stała się absolutnym symbolem miasta Hamburg, tuż obok portu (z którym swoją drogą sąsiaduje).


Ciężko jest na zdjęciach uchwycić monumentalność i rozmach tego obiektu, po prostu pewnego dnia trzeba stanąć tuż obok niego i to poczuć.
Porównując budynek Elbphilharmonie, malowniczo położony nad rzeką Łabą, z innymi tego typu obiektami muszę przyznać, że bije je wszystkie na głowę (Harpa w Reykjaviku przepraszam </3). Weźmy na przykład wrocławski NFM, co by daleko nie szukać. Jego całkowity koszt budowy według artykułów znalezionych w internecie (co nie było takie oczywiste, bo nie znalazłam żadnej oficjalnej informacji na ten temat) wyniósł 470mln zł. Tylko.. no z której strony widać te włożone prawie pół miliarda?? Bo mi jest ciężko je dostrzec. Tak samo akustyka: Elbphilharmonie>>>>>>>>>>>>>>>>>>> NFM. Ale już koniec psioczenia, jest jak jest (chcąc sobie odbić brak biletów na Nilsa Frahma w Hamburgu kupiłam bilety na jego październikowy koncert w właśnie w NFMie. Lepiej tak niż nijak).


No dobrze, ale wróćmy do Hamburga. Albo do początków naszej podróży.

Dostanie się do Hamburga wcale nie jest takie łatwe i tanie. Nie dolecisz tam samolotem (nie licząc Gdańska) i jedyna droga, która pozostaje to autobus lub pociąg. My z nienawiści do autobusów i wcześniejszych naszych przebojów wybieramy pociągi. Jak się potem okazuje - wcale nie była to dobra decyzja.


Nasze połączenie i przesiadki wyglądały następująco:
Zielona Góra - Rzepin - Berlin - Hamburg
Dzień przed podróżą zorientowaliśmy się, że Pani W Kasie sprzedała nam bilet na połączenie, którego za cholerę nie będziemy w stanie zrealizować. No bo nawet ja wiem, że pociąg relacji Przemyśl-Szczecin i jego opóźnienie to minimum pół godziny. A na przesiadkę w Rzepinie mieliśmy 20min, dalej jechał EIC który na nic nie czeka. Poszliśmy więc naprawić błędy Pani W Kasie i kupiliśmy bilety z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym, by dotrzeć do Rzepina na czas.


Jesteśmy w Rzepinie. Komunikat: pociąg EIC (ten, za który bulisz tyle kasy m.in. dlatego, że rzadko się zatrzymuje i nie powinien się spóźniać) opóźniony ponad godzinę. Czas na przesiadkę w Berlinie do Hamburga: 1:08. Wspaniale. Nasz pociąg przyjeżdża z opóźnieniem równym godzinę i pięć minut. I teraz to wyglądało tak:
Biegiem do Pani konduktor pani konduktor mówi że wysiada w(e) Frankfurcie nad Odrą i wtedy wsiada niemiecka ekipa proszę ich informować za Frankfurtem nad Odrą biegiem do pani konduktor pani konduktor mówi że nie ma czasu ok piętnaście minut później biegiem do pani konduktor pani konduktor się wydarła NIE TERAZ jprdl gdzie my jesteśmy siedzimy czekamy pół godziny później pani konduktor łaskawie znalazła chwilę żeby zadzwonić do pociągu na Hamburg i powiedzieć żeby poczekali Hamburg mówi MOŻE TAK MOŻE NIE NIE WIEMY XDDDDDDDD w końcu Hamburg czeka 10min my docieramy do Berlina biegiem na peron do Hamburga wsiadamy do pociągu zdążyliśmy jesteśmy bezpieczni. 
Koniec historii. 
Potem tylko wystarczyło się przesiąść jeszcze raz na pociąg do mojej siostry i o drugiej w nocy obudzić jej męża który miał po nas wpaść na stację ale mu się zapomniało.

Teraz już będzie tylko lepiej, obiecuję. Chodźcie na spacer po tym pięknym portowym mieście.




Każdy z nas ma jakieś swoje podróżnicze marzenia i miejsca, które chce odwiedzić. U mnie 80% tych miejsc zajmują kawiarnie i (choć w mniejszej liczbie) restauracje. Jedną z nich był tōrnqvist (i wciąż jest, bo na jednej wizycie z pewnością się nie skończy) - hamburska kawiarnia speciality, funkcjonująca nieco ponad rok w swojej niezwykłej, stałej przestrzeni.


Z pewnością pierwszym elementem zaskoczenia będzie krótkie menu: flat white, handbrew i shot. I tyle. Sezonowo pojawiło się nitro (czyli kawa z dodatkiem azotu, który nadaje jej delikatności i kremowej tekstury). Oprócz tego są również dostępne różnego rodzaju wypieki i kanapki.


Rozkład kawiarni to kolejna rzecz przykuwająca uwagę. W samym jest centrum znajduje się bar, który nie pozwala na ukrycie niedociągnięć i błędów - każdy wokół teoretycznie może patrzeć Ci na ręce - co nie znaczy, że to robi:). W końcu jedno z haseł głoszących przez założyciela tōrnqvist - Linusa to: "transparency is the key".


Niesamowitym jest też to, że z każdą nową dostawą kawy (zwykle skandynawskich wypałów) Linus i jego zespół na nowo mineralizują używaną w kawiarni wodę, dopasowując ją do profilu smakowego ziarna, chcąc jak najbardziej uwypuklić jego zalety. My - klienci - również mamy możliwość doświadczenia tej różnicy, zabierając ową wodę do domu, porównując z używaną przez nas obecnie.

To było z pewnością jedno z najpiękniejszych doznań kawiarniano-kawowych w całym moim życiu. W tōrnqvist czujesz się bardziej jak na wernisażu, w galerii sztuki, niż w kawiarni. Na Twoich oczach dzieje się spektakl baristów, z niesamowitą precyzją wykonujących swoją pracę, a Ty jesteś widownią, która nie wyjdzie stamtąd niezadowolona. Co ciekawe, muszę też przyznać, że kawa nie była absolutnym WOW, nie rozłożyła mnie na łopatki tak jak mogłabym się tego spodziewać i jak to miało miejsce np. w Dropie w Sztokholmie, czy w La Cabrze w Aarhus (których kawę swoją drogą serwuje tōrnqvist). Jednak cała ta otoczka miejsca, atmosfera, dany moment w którym przyszliśmy, to w jakich byliśmy nastrojach - wszystko to sprawiło i złożyło się na niesamowite przeżycie. Co potwierdza moja teorię, że w tym całym kawiarnianym biznesie nie do końca jedynie o tę kawę chodzi. Jest wiele innych czynników, równie ważnych, które składają się na nasze doznanie i przyjemność.


A dlaczego tōrnqvist? To hołd w stronę babci Linusa.


 A ja chcę jeszcze raz.



Dalej kroczymy kawowym szlakiem i trafiamy do Hermetic Coffee Roasters. Nie wiem dlaczego, ale w całej kawiarni nie dominował zapach kawy, a... paczuli. Mojego ulubionego zapachu, tuż obok drzewa cedrowego.


Wcześniej HCR funkcjonowali jako Less Political. I w sumie nie wiem co miałabym jeszcze o tym miejscu napisać. Przepraszam, ale cały mój zachwyt wyczerpałam godzinę wcześniej. Tutaj było po prostu ok:)


A jak ktoś twierdzi, że Kopenhaga jest czystym miastem, to niech pojedzie do Hamburga. Zmieni zdanie. Spacery tutaj to absolutna przyjemność.





Powoli zbliżamy się do celu naszego dzisiejszego dnia - Hafen City i Elbphilharmonii.





Przed koncertem Devendry poszliśmy jeszcze na wystawę Klausa Frahma - ojca Nilsa. Fotografował sale koncertowe z całego świata z perspektywy technicznych i artystów, czyli z wnętrza sceny. No i ładna całość z tego wyszła.



Kiedyś, po koncercie Devednry na OFFie ze trzy lata temu powiedziałam Wojtkowi, że jeżeli pewnego dnia będziemy brali ślub, to musimy mu uszyć taki sam piękny brązowy garnitur, jaki miał Devendra na sobie na owym koncercie i Wojtek się zgodził. Tym razem też miał przepiękny, tylko że granatowy. Ale może przesadzam i jestem nieobiektywna, bo Devendra to mój wizualny ideał (zaraz obok Wojtka). A że nie tak dawno dostałam charakterystyczny pierścionek na charakterystyczny palec prawej ręki, to może z tym brązowym garniturem coś kiedyś wyjdzie:)

Tymczasem do następnego poczytania. Niedługo wrócę z ostatnim islandzkim postem.

To pa!


Wkraczając w Westfjordy.

Wkraczając w Westfjordy.

Dzień drugi. Wyruszamy z Akureyri.

(Chciałabym bardzo taką mapę, jak ta z tyłu. Ktoś wie, gdzie można dostać?)



Dzień wcześniej nasze tempo było szaleńcze, dzisiaj postanawiamy trochę odpuścić i jedziemy w stronę Westfjordów, zahaczając jednak o półwysep Trollaskagi bez żadnych konkretnych planów. A Akureyri żegna nas z miłością<3


Zajeżdżamy do przypadkowych wiosek, które sprawiają wrażenie opuszczonych.




Elektryczny samochód nas jednak z tej iluzji wybudza:) Trzeba przyznać, że komicznie to wyglądało w towarzystwie skorodowanych kutrów rybackich i innych porzuconych przedmiotów.


Po drodze mijamy latarnię w okolicy Saudanes (tak przynajmniej wynika z moich notatek z podróży. Próbując znaleźć to miejsce na mapie miesiąc później nie jestem już tego taka pewna). Trochę wygląda, jakby postawił ją Wes Anderson, a następnie zdał sobie sprawę, że to nie ten plener.


Przy tej latarni też złapał nas jeden, jedyny raz ten islandzki wiatr, o którym pisze się poematy. Nagły i okrutny. Taki, że nie jesteś w stanie otworzyć drzwi od samochodu. Tylko ten jedyny raz - tacy z nas szczęściarze. Chociaż w sumie, kiedy mówimy o wietrze na Islandii, czy nie lepiej byłoby mówić o nim 'wiatur'?? Tak samo, jak 'swetur' zamiast sweter. Ostatnio moja koleżanka pięknie to podchwyciła i kiedy opowiadałam, że zrobiłam tzw. skyrnik (sernik ze skyra) i mi nie wyszedł (PAMIĘTAJCIE SKYRNIK MUSI BYĆ NA ZIMNO NIE DA SIĘ GO UPIEC JA JUŻ TO WIEM), słusznie zauważyła, że powinien się nazywać sernikur. No kocham to!!! Z jeszcze takich śmieszków językowych, to islandzką zimą 2015 nie nosiliśmy rękawiczek, ale reykjaviczki ehehheheheheheheheh wiem że się teraz śmiejecie razem ze mną do ekranu.





A poniżej przedstawiam mój dom marzeń. Gdzieś w nicości Trollaskagi. Coś niesamowitego.


Powoli zjeżdżamy z półwyspu i docieramy do Hvitserkur, czyli smoczej skały. Mi to bardziej przypominało słonia, no ale niech będzie.



Kawałek trzeba było zboczyć, by się tam dostać no i droga jest w tak złym stanie, że pośpieszyć się nie da. I szczerze - jak dla mnie nie warto.





Na mapie Westfjordy wydają się być tuż za rogiem Hvitserkur, rzeczywistość okazuje się jednak zupełnie inna. Nie bez powodu teren ten określany jest jako najbardziej dziki i odizolowany na całej wyspie, najbardziej wyludniony. To, co wydawało się blisko ciągnie się w nieskończoność.

 fot. Kuba Szwedo


W tym miejscu ślę ukłony i oklaski dla Kuby, który zrobił nam takie piękne zdjęcie. Znowu wygląda jak okładka albo zapowiedź jakiegoś zespołu co gra smutną muzykę (Ci co czytali poprzedni wpis wiedzą ococho). W tym momencie ilość wspólnych zdjęć przekroczyła średnią roczną. Albo i dwu.

Godzina 22:30


Plan na dzisiejszą noc wygląda tak, że spędzamy ją biwakując przy basenie Krossneslaug, niedaleko Djupaviku.


Dojeżdżamy do basenu i zaniepokojeni dostrzegamy palące się światło w domku obok. Pierwsza myśl, to że przyjechali właściciele i na pewno nie zgodzą się na nasz biwak tuż obok. Fakty były jednak bardziej komiczno-absurdalne. Otóż noc w domu spędzał malarz, który ten oto basen sobie malował. Co za tym idzie - w basenie nie było wody. Serio, musiało się to zdarzyć akurat dzisiaj???? Tak swoją drogą, to jak Kuba wrócił z informacją, że to malarz i maluje ten basen to przez pierwsze sekundy byłam święcie przekonana, że to taki artysta-malarz ze sztalugą siedzi w dzień i w nocy i maluje ten basen sobie no i nie można się kąpać, bo to mu będzie zaburzać wszystko. Oczywiście nikomu się do tego nie przyznałam, więc jeżeli chłopaki to czytacie to pozdrawiam Was serdecznie.

Zbyt wielu alternatyw noclegowych nie mieliśmy  - zbliżała się północ, a my byliśmy pośrodku niczego. Postanowiliśmy więc wrócić do Djupaviku i spędzić noc kawałek za osadą.



Zdaję sobie sprawę, że ze zdjęć i moich słów to nie wynika, ale droga do Djupaviku była jednym z najpiękniejszych momentów całej podróży, czymś, o czym od razu myślę, kiedy ją wspominam. Ten półmrok po 22, głębokie odcienie niebieskiego, granatu, szarości i czerni stworzyły coś na wzór bańki, w której się znaleźliśmy i która nie pozwala dostrzec nic poza jej granicami. Do tego wyłaniający się Djupavik - opuszczona osada, w tym momencie zamieszkała przez dwie osoby i kilka latarni oświetlających drogę. To było dla mnie doświadczenie nie-z-tej-ziemi. Przepiękny zbiór małych przypadków i zdarzeń, które złożyły się w całość i stworzyły coś, czego Wam ani sobie opisać nie potrafię. To pozostanie za mną na zawsze. Dziękuję Ci, Wyspo za to, co mnie spotkało.


Poranek wita nas mgliście, co mnie bardzo cieszy. No bo, czy wyobrażacie sobie doświadczać opuszczonej wioski w słonecznej pogodzie i bezchmurnym niebie??
Djupavik funkcjonował w mojej głowie od bardzo długiego czasu, za sprawą "Heimy" - filmu o moim ukochanym zespole - Sigur Rós. Chłopaki wracają z trasy koncertowej i oddając hołd swojej społeczności i Islandii - grają koncerty w różnych, nierzadko opuszczonych częściach wyspy dla jej nielicznych mieszkańców, opowiadając historie z nimi związane. Jednym z takich miejsc jest opuszczona fabryka śledzi w Djupaviku. Jej problemem okazało się niezwykle szybkie przełowienie, co doprowadziło do zamknięcia fabryki w latach 50., a co za tym idzie - wyludnienia wioski. Obecnie na stałe mieszkają tu dwie osoby - właściciele hotelu. Latem ich ilość wzrasta do trzech.








To było niesamowite uczucie być w miejscu, gdzie dekadę wcześniej rozgrywały się sceny tak ważnego dla mnie filmu. Nigdy nie doświadczyłam motylków w brzuchu z powodu kogoś, jednak z muzyczno-filmowych powodów już tak. Może dlatego, że jako nastolatka niezwykle intensywnie tym żyłam i żyłam 'snem o Islandii'.

W japońskim jest takie piękne słowo - 'natsukashii' i rozumieć je można jako coś w stylu 'happy nostalgia'. To tęsknota za przeszłością, której towarzyszy również uczucie melancholii i która potrafi też lekko zaboleć, ale jednocześnie czerpie się z tego pewniej rodzaj satysfakcji i wzruszeń. Może się odnosić do miejsc, do ważnej piosenki, którą usłyszeliśmy pierwszy raz od pięciu lat, do zdarzeń, ludzi. Moim natsukashii jest właśnie 'heima' i jej zdarzenia.








Na kolejnym zdjęciu zobaczycie co Kuba takiego śmiesznego robił.

fot. Kuba "hehehe" Szwedo




Czas ruszać wgłąb Westfjordów. Fajnie byłoby też gdzieś uraczyć kąpieli.


Mówisz - masz. Gorące źródło Nauteyrarlaug. 
Przy wjeździe pisze, że teren prywatny (jak 90% terenów na Islandii) i zakaz kąpieli, cobyście się nie zdziwili, jak kiedyś pojedziecie. My jednak zachowywaliśmy się bardzo kulturalnie, nie nabrudziliśmy, posprzątaliśmy po sobie - godzina i nas nie było. A, i woda wcale nie była taka gorąca, jak byśmy tego pragnęli. No cóż, jak to moja mama mawia: darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. true. W tym miejscu też pragnę powiedzieć, że na Islandii byłam trzy razy, a dopiero pierwszy (P I E R W S Z Y) raz wykąpałam się gorącym źródle. HOW COME?!?!?!?!??!?!?!?!?!?

 
Wyruszając wgłąb Westfjordów, musicie być przygotowani, że w samochodzie będziecie spędzać sporo czasu. Na mapie może się to wydawać wszystko superblisko i łatwo dostępne. Potem dopiero uświadamiasz sobie, że przecież nie pojedziesz na strzałę, tylko musisz objechać każdy fjord po kolei, by dostać się do celu, bo drogi inaczej nie prowadzą. No i się nie pospieszysz za bardzo, bo stan dróg na to nie pozwala. To kolejny dowód na to, że w przyrodzie musi być wszystko równoważyć, a piękno wymaga poświęceń.



Kierujemy się w stronę Isafjordur, które będzie naszą dzisiejszą bazą noclegową. Po drodze zajeżdżamy do Litlibaer. Nie powiem, ile razy usłyszałam podczas wyjazdu od Kuby, że to tam pił najlepszą kawę w życiu i że tam są najlepsze gofry na świecie i że KONIECZNIE musimy tam jechać. Jeżeli chodzi o kawę i jedzenie - mi dwa razy powtarzać nie trzeba (Kuba powtórzył ze sto:D), dojeżdżamy, a tam..................................................................................................................

oczywiście, że zamknięte. Był koniec kwietnia, wszystko rusza od początku maja. Było mi bardzo smutno. ALEEEE
Chwilę później z wody wyłonił się jakiś duży ogon i prysnęła woda. Oczywiście, że nie mam dowodu rzeczowego na to, że widziałam prawdopodobnie orkę (???????), ale musicie mi wierzyć na słowo. Pięć minut później zatrzymujemy się , by popatrzeć na słodkie foczki, które się wylegiwały niedaleko brzegu. Foczki mnie rozczulają trochę tak jak pieski, w końcu foczki to takie wodne jamniczki przecież. Fanom tych śmiesznych zwierzaków polecam "Naszą planetę" na Netflixie i odcinek "Lodowe światy". Umrzecie z rozczulenia:)


 FOCZKIIIIIIIIIIIIIIIIIIIII



Muszę przyznać, że moje pierwsze i ostatnie skojarzenie z Westfjordami to Wyspy Owcze. Westfjordy to trochę takie Faroje. Duże pustkowia, dużo wielkiej wody wszędzie. Jak to Kuba powiedział: Westfjordy są super, bo nic tutaj nie ma. Ja się z tym zdaniem absolutnie zgadzam i podpisuję pod nim ręką i nogą i myślę, że można je też odnieść do Wysp Owczch: są super i nic (i prawie nikogo) tam nie ma:)



Niedaleko Isafjordur zahaczamy o wodospad Valagil, który jest schowany i trzeba do niego dotrzeć dwukilometrową, przyjemną trasą. Niestety jedyne zdjęcie, jakie mam z tego wodospadu jest takie:


Po prostu czasem już mi się tych zdjęć robić nie chce. Jak widać Wojtkowi też się nie chciało hmmm.



Pod wieczór docieramy do Isafjordur, ale przed snem jeszcze idziemy na spacer.

for. Kuba Szwedo
 
Czasem lubię sobie zapalić peta, mama niechcący już widziała więc reszta świata też już może.




Trzecia (i ostatnia) część islandzkiego cyklu już niebawem...


Autorzy zdjęć:
Basia Budnik
Wojtek Pastyrczyk
Photography
Project
Studio
Company
he
he
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Przemineło z kadrem , Blogger