Berlin na wiosnę. Czyli wszystko, co kocham.

Berlin na wiosnę. Czyli wszystko, co kocham.


Lubię Berlin jak nie wiem co.
Jak wtedy, kiedy rano wstaję na tyle wcześnie, że nie muszę się spieszyć.
Jak kawę.
Jak dobry serniczek.
Jak wszystkie wygłaskane przeze mnie kotki i pieski.

Przywilej, który od dzieciństwa miałam, by mieszkać od tego zacnego miasta w odległości jakiś 2godzin jazdy skutkował wieloma wizytami. Czy to w młodszym, czy starszym wieku:)



Jest taka ładna piosenka Small Sur - 'Berlin', chociaż muszę przyznać, że jeżeli chodzi o konotacje Berlin-muzyka, oprócz sceny techno najwięcej skojarzeń mam z Agnes Obel. Mimo, że Dunka, to mieszkająca w Berlinie i jakoś tak dobrze razem ze sobą współgrają w moich wyobrażeniach.

Kiedy myślę o Berlinie obecnie, to przede wszystkim jest on dla mnie rajem kawowym, który uwielbiam odkrywać.  Zagęszczenie kawiarni speciality na metr kwadratowy wydaje mi się dość spore, choć kiedy w niedzielę próbujemy dostać się do trzeciej kawiarni po dwóch nieudanych próbach (wszystkie miejsca zajęte+kilkunastoosobowa kolejka), zaczynam w to wątpić. Niemniej dużo jest dobrych i bardzo dobrych czy to kawiarni-palarnii, czy to kawiarni, czy to ciastkarni.



ALE

do Berlina zajechaliśmy z zupełnie innego powodu, bardziej koncertowego. Bo data naszego przyjazdu była dyktowana koncertem Toma Rosenthala. Ale w zasadzie im bliżej było wyjazdu, tym bardziej byłam podekscytowana nie koncertem (o którym myśląc o Berlinie i wyjeździe zdarzało mi się zapomnieć), a spotkaniem z Izą, która w Berlinie mieszka na co dzień i u której spędziliśmy ten piękny pierwszy wiosenny weekend.

Może kogoś zasmucę, a może ktoś się ucieszy, ale tym razem nie znajdziecie tu ani jednego (tak mi się zdaje) turystycznego berlińskiego miejsca typu Alexanderplatz, Brama Brandenburska, czy Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Nie starczyło czasu i nie było ochoty:) Z resztą dawno temu już się tam przewijaliśmy. Fajniej jest iść na dobrą kawę, ciastek i jedzonko. Do sklepu z używanymi płytami albo palmiarni. Na pchli targ i do parku. Wiecie o co cho.




Od razu po przyjeździe udaliśmy się do pierwszej najbliższej kawiarni z naszej listy, czyli

THE BARN
O Barnie powoli mówi się jako o berlińskiej sieciówce. Nowe lokalizacje wyrastają jak grzyby po deszczu, kilka dni temu otwarty został ich szósty punkt na berlińskiej mapie. Trochę zazdroszczę:) 
9:25, 25 minut po otwarciu, a w środku już nie ma miejsca. Siadamy więc na zewnątrz, obserwując dopiero co budzące się, jeszcze spokojne miasto. 

lokalizacja: Auguststrasse 58






Po kawie spacer, trochę taki bezcelowy, trochę kierujemy się w stronę rynku. Bo nie wszyscy wiedzą, ale Berlin ma taki trochę rynek, czy może lepiej by było nazwać to po prostu placem - Gendarmenmarkt.

Aż tu nagle
moim oczom okazuje się istny RAAAAAAAAAAAAJ


Dussmann das KulturKaufhaus

Nie wiem, czy kiedyś o tym wspominałam, ale uwielbiam płyty. CD. Uwielbiam je mieć, kolekcjonować, kupować (słuchać potem też). I moim oczom ukazuje się ogromny sklep w rodzaju polskich Empików. Ale ilość płyt, które Dussmann oferował przeszła wszelkie pojęcie. I to jakich!
Zawsze mi ciepło na serduszku, kiedy znajduję jakieś islandzkie płyty albo coś z Erased Tapes, a najbardziej cieszę się na płyty, których nigdzie nie mogę dostać a jakimś cudem trafiają w moje ręce. Wybór był przeogromny. Ale jak już wspominałam wcześniej, z Berlinem muzycznie kojarzy mi się Agnes Obel. Stanęło więc na jej płycie.

 (nie miałam tu czasu robić zdjęć, musiałam szukać płyt)





Ta Panienka z okienka co właśnie na nas zerka to Iza. Z Izą znamy się już dobre kilka lat i to na samym początku nie była cudowna znajomość:) Później przyszło nam razem żyć na kilku wrocławskich metrach kwadratowych. Od tamtego czasu naszą relację już mogę nazywać słowami 'cudownej znajomości' hehe (Iza mogę?)
Nasza wizyta była trochę czymś w rodzaju dejavu, bo ostatnie OdwiedzinyuIzy miały miejsce w Listopadzie 2016 i przebiegały dość podobnie - Iza mieszkała w tym samym akademiku, w którym mieszka teraz i oddawaliśmy się podobnym aktywnościom, którym oddawaliśmy się i tym razem. Z tym, że było CHOLERNIE ZIMNO. To najbardziej z tego wyjazdu zapamiętałam.
Tym razem trafiliśmy na pierwszy ciepły weekend tego roku. Jak na pierwsze dni wiosny myślę, że lepiej być nie mogło:)

Iza jest superaktywnym użytkownikiem couchsurfingu, więc jeżeli będziecie kiedykolwiek szukać noclegu w Berlinie, to można śmiało uderzać do niej (Iza można????). Choć nie macie zbyt dużo czasu, bo za kilka miesięcy Izę będziemy mogli odwiedzić w Meksyku, Meksyku (mam na myśli stolicy).





A mogę od razu przejść do koncertu? Bo chciałabym to z siebie wyrzucić.



Tom Rosenthal jest dość sporym fenomenem, nagrywającym niskobudżetowo, zazwyczaj z towarzystwem pianina i gitary i bardzo dosłownymi tekstami. I super teledyskami. W Polsce jest niesamowicie znany, znają go nawet ludzie którzy nie wiedzą, że go znają (jego muzyki jest bardzo dużo w reklamach i leci w tle w wielu centrach handlowych).
No dobra, było rzeczywiście w jakiś sposób ujmująco, czarująco do pewnego momentu, ale w sumie jak tak sobie z perspektywy czasu o tym myślę to ten koncert był moim

JEDNYM WIELKIM ROZCZAROWANIEM.

Do teraz pluję sobie w brodę i biję w pierś, że zamiast biletu na Toma nie kupiłam biletów na Soap&Skin, której najnowsza płyta jest najlepszą muzyczną rzeczą jaka mnie przez ostatnie pół roku spotkała i która to sobie właśnie gra w Berlinie w momencie gdy piszę ten post (to jest 13 kwietnia). Jeżu jak załuję jak żałuję tak bardzo.
No cóż, po prostu pewne rzeczy najlepiej brzmią w domu, w swoim wykreowanym wizerunku super teledysków i silly-tekstów (jak bym napisała głupiutkich to by to źle zabrzmiało). No i tyle.
A NAJGORSZE BYŁO TO
Że kazali nam stać bitą godzinę czterdzieści. A uwierzcie mi, że Tom Rosenthal na żywo to nie jest muzyka do której możesz się poruszać w inny sposób niż potupać nóżką. Po koncercie na każdej twarzy malowała się ulga.


Ok, teraz mogę wrócić do przyjemniejszych rzeczy:) Na przykład do jedzenia.



Będąc w Berlinie nie odmówiliśmy sobie ramenu. Wybór padł na jedno z Cocolo (my odwiedziliśmy to przy ulicy Paul-Lincke-Ufer 39-40). Kolejka jeszcze przed drzwami wejściowymi niech Was nie odstraszy, przesuwa się bardzo szybko. Naprawdę warto zaczekać 15min:) Z resztą... co ja tutaj wypisuję. Kiedy jesteście w Berlinie na weekend, praktycznie w każdym miejscu musicie odstać swoje w kolejce, by dostać się nawet do kawiarni.
Recenzję ramenów sobie odpuszczę, bo żadna ze mnie gastoblogerka (z resztą najlepiej to robią Pyza made in Poland<3), ale jak już tam będziecie, to do picia weźcie Calpico. Koniecznie. I koniecznie z wodą gazowaną. Moja pierwsza myśl to: pudrowe cukierki, z których kiedyś miało się bransoletki, czy naszyjniki (ale nie tak słodkie!). To moja długoletnia miłość i chyba w końcu nie wytrzymam i zamówię tą wielką 1,5l flachę do rozcieńczania. I wtedy wybuchnę albo utonę w Calpico.
Oczywiście że nie mam zdjęć jedzonek, bo kiedy przyszły byłam tak podniecona i nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę je jeść, że wszystkie zdjęcia wyszły nie ostre. SORRY NOT SORRY.


 A z Cocolo to już właściwie rzut beretem do Populusa na kawę.




I tutaj kolejny raz potwierdza się moja teoria, że to chyba nie do końca o tę kawę tak naprawdę chodzi. Bo czasem tak jest, że ktoś zaserwuje mi naprawdę prze-pysz-ną kawę, nad którą będę się zachwycać i o której będę opowiadać innym, ale miejsce jakieś nie te, obsługa taka se no i generalnie tak raczej średnio. A potem idę do miejsca, w którym kawa mnie jakoś szczególnie nie porywa, jest po prostu ok. Ale obsługa i atmosfera miejsca są tak przyjemne i gościnne, że chyba nie trudno zgadnąć, które miejsce bym wybrała na kolejną wizytę. I tak trochę było właśnie z Populusem :)



Były też oczywiście miejsca, które nam całkowicie nie przypadły do gustu, np Distrikt Coffee. Bo tutaj to już czekaliśmy przesadnie długo, dłużej niż piliśmy kawę.



Jednak w większości byliśmy baardzo zadowoleni z naszych wyborów, czasem to zaplanowanych, czasem zupełnie przypadkowych jak te przepyszne lody niedaleko Bonanza Coffee Heroes, do której nie udało się nam dostać. Makadamia-biała czekolada-słony karmel. CZUJECIE TO????? Nie spocznę, dopóki nie zrobię sernika o takim smaku.

PAR Creamery





Jedynie czego żałuję, to że nie zjedliśmy serniczka w five elephant, bo to już nasza berlińska tradycja. Ale tłumy nas pokonały. W ogóle w wielu miejscach te tłumy nas pokonały, zasmuciły i zniechęciły. Dlatego jeżeli możecie - Berlin nie w weekend. Dlatego wrzucę tu stare słoniowe zdjęcia, bo nie może być, że Berlin, a słonia nie ma.



I tym samym nasz piękny i smaczny weekend w Berlinie dobiega końca.


meh.

No ale niektórzy mają jeszcze gorzej, bo np. takie pieski w ogóle nie mogły wejść do Burgermeister i musiały czekać na swoich Panciów i Pancie.


meh.


Lubię ten Berlin jak niewiemco. To chyba miasto, które darzę największym sentymentem i największą radością na myśl o ponownej wizycie. I jest tak blisko! Już tupię nóżkami, bo po powrocie z nie tak bardzo terminowo odległej Islandii lądujemy właśnie tam (nie to nie jest tak że cieszę się bardziej na Berlin, niż na Islandię. wszystko ze mną w porządku).
A Wy? Macie jakieś swoje miasta-sentymenty, do których uwielbiacie wracać?



Basia.
Przed wschodem słońca, czyli lato w Wiedniu - wspomnienie.

Przed wschodem słońca, czyli lato w Wiedniu - wspomnienie.

 Lipiec 2017. Wiedeń. Było absurdalnie gorąco.






W zasadzie każdy post zaczynam od tego, co najbardziej z danym miejscem mi się kojarzy. W przypadku Wiednia i Austrii Jest to "Przed Wschodem Słońca" Richarda Linklatera. Jeżeli ktoś nie widział - polecam. Szczególnie przed wyprawą do Wiednia:) 

Drugą rzeczą jest Soap&Skin i jej twórczość.



Marta w naszej cudownej airbnb kuchni.


Towarzyszem mojej podróży była Marta - muzealnik. Wyjazd ten więc przebiegał głównie pod znakiem muzeów i - z mojej strony - nowych doznań kawowych. Muszę przyznać, że obie te dziedziny nas usatysfakcjonowały. No... może Leopold Museum trochę mniej, ale to z naszej winy. Po prostu nie sprawdziłyśmy godzin otwarcia i okazało się, że mamy jakieś pół godziny na zobaczenie tego co nas naprawdę interesuje, wcześniej poświęcając ponad godzinę na stosunkowo nudne wystawy tymczasowe. Dlatego BIEGŁYŚMY wręcz na spotkanie z Gustavem Klimtem i Egonem Schiele.

 

Kaffemik to jest chyba moje najmilsze wiedeńskie wspomnienie. Podczas naszej krótkiej wizyty udało nam się odwiedzić stosunkowo sporo miejsc z kawą speciality  (Jonas Reindl, Balthasar Coffee Bar, Coffee Pirates), jednak to ta malutka kawiarnia skradła nasze serca i kubki smakowe. Na koniec postanowiłam jeszcze zabrać paczkę kawy do domu. "It tastes like summer", obiecał barista. I rzeczywiście tak było. To chyba jedyna kawa, do której wracam z takim entuzjazmem (i akurat pisząc ten post, popijam ją sobie - wszystko przez moją wizytę w Wiedniu tydzień temu).

Kilka miesięcy i dwa reportaże o Grenlandii później odkrywam dlaczego Kaffemik jest Kaffemik.

W grenlandzkiej kulturze kaffemik oznacza nie więcej, niż "zapraszamy na kawę". W związku z tym, że Grenlandczycy żyją raczej w niewielkich społecznościach, gdy ktoś wyprawia przyjęcie, nie wypada mu kogokolwiek nie zaprosić. Dlatego imprezy te mają charakter "przechodni". Wpadasz, częstujesz się kawą i wypiekami, krótka pogawędka i dajesz szansę innym na wizytę. Tak w skrócie. W kontekście kawiarni jest to chyba najładniejsza i najbardziej trafiona nazwa jaką słyszałam:)
 





 


 


 


 



Fajny był ten nasz letni city break.
Mała Islandia i Wielka Zima

Mała Islandia i Wielka Zima


Pamiętam jak w roku 2010, dzień po moich urodzinach wybuchł Eyjafjallajökull (czytaj ejjafjatlajokul), na jakiś czas paraliżując ruch powietrzny w Europie, skupiając całą uwagę mediów na Islandii. To był czas, kiedy wprost marzyłam o tym, by zostać kiedyś uziemioną na tej tajemniczej dla mnie wtedy wyspie. Moja "doszukuję się sensu tam gdzie go nie ma" natura podpowiadała mi, że ta data okolicy moich urodzin to NA PEWNO NIE PRZYPADEK. No i tak spędzałam gimnazjalne życie, słuchając Sigur Rós, w wyobraźni chodząc po Reykjaviku. Jeszcze wtedy pomysł podróży na Islandię wydawał mi się niedorzeczny, przynajmniej w ciągu najbliższych lat. Dlatego tak abstrakcyjne było to, jak szybko udało mi się to zrealizować (sierpień 2014), a jeszcze bardziej nierealny był nasz powrót tam w styczniu, pół roku później. To był jakiś totalny odjazd, jolo podróż na czterech kółkach. Szkoda tylko, że nie z napędem na cztery.... Ale to już zostawię w swojej pamięci, a Wy możecie się domyślać, jak wygląda przejażdżka obładowanym samochodem rozmiarów Toyoty Yaris z czterema pasażerami po zimowej Islandii. Dodam, że był to jedyny taki samochód, jaki spotkaliśmy na parkingach:)

Było ekstremalnie budżetowo, po taniości, szybko, a planowanie zaczęliśmy właściwie dopiero na miejscu. Myślę, że teraz miałabym problem z taką formułą wyjazdu, wtedy jednak złożyło się to na niezwykle magiczny czas. Chwilowa styczniowa dziura w studiowaniu (a w jednym przypadku chodzeniu do szkoły hehe) tym bardziej potęgowała to wrażenie, że nasza podróż był krótkim, mroźnym, acz przyjemnym snem.





























No fajnie było:) Chciałybyśmy jeszcze raz. 



 Foto: głównie Daria
Tekst: głównie Basia


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Przemineło z kadrem , Blogger