Gibraltar + Andaluzja + berliński bonus

9.5.18

Po raz pierwszy tak ciężko było mi się zabrać do pisania o podróży. Może nie świadczy o tym okres czasu pomiędzy moim wyjazdem a złożeniem go w posta, bo od czasu Gibraltaru minął zaledwie miesiąc, a takich Wysp Owczych to od sierpnia nie potrafię dokończyć. Po prostu tym razem nie bardzo wiem, co mam napisać.

Bo mówiąc szczerze, to mój zachwyt miał wyraźne granice, a rzadko mi się to zdarza. Rzadko zdarza mi się narzekać na cokolwiek (chyba..).  Przede wszystkim pogoda - zimno i wietrznie. Raz pomyśleliśmy "ile można do tej Skandynawii jeździć i marznąć weźmy jedźmy do ciepełka", a tu taka złośliwość ze strony pogody. Może to też kwestia okresu, w którym wyjechaliśmy. Angażowało mnie wtedy dużo ważniejszych od tego wyjazdu spraw i tym samym nie przygotowałam się do niego tak, jak bym chciała, nie przeżywałam go tak, jak bym chciała, bo moja głowa była pochłonięta terminami, studiami, pracą i milionem innych rzeczy. No cóż.

Niemniej jednak mój sentyment do Hiszpanii i Hiszpanów nie zna granic i coraz bardziej zaczynam przekonywać się do ich muzyki. Na przykład do takiego Daniela Lumbrerasa. Tak jak Sigur Rós mają swój wymyślony język, w którym śpiewają (vonlenska), tak i Daniel ma swój i bardzo mnie to urzeka.



No dobrze, ale może przejdziemy już na Gibraltar, zapraszam serdecznie piosenką.


Jak pewnie wiecie Gibraltar jest terytorium brytyjskim, dlatego na wejściu czeka was kontrola paszportowa i przekroczenie granicy, jaką jest pas startowy. My mieliśmy to szczęście/pecha, że zarówno w jedną, jak i w drugą stronę musieliśmy czekać na start/lądowanie samolotów. Nie powiem, z tak niewielkiej odległości robiło to wrażenie.




Przechodząc przez pas odbieram to jako mocno komiczno-absurdalną sytuację


Dobrze, jesteśmy już na Gibraltarze.






Była niedziela i wszystko pozamykane, nie nastawialiśmy się więc na miejskie zwiedzanie, a na wejście na Skałę Gibraltarską i przytulenie (no.. chociaż dotknięcie) makaków, czy też magotów gibraltarskich - jedynych małp w Europie żyjących na wolności. 
Udało mi się (???) nawet zrobić jedno zdjęcie, jak jeden makak robi kupę. To znaczy on wszedł w mój kadr i zaczął załatwiać swoje sprawy, jak chciałam zrobić zdjęcie jego koledze. Ale może lepiej nie będę go publikować. Jeżeli jednak ktoś już jest tak ciekawy że nie może wytrzymać to zapraszam do kontaktu w wiadomości prywatnej.












No przecudne te stworzenia...

..do czasu.
Aż jedna nie pociągnęła mnie za włosy tak, że je wyrwała i zaczęła zjadać.



Wiem, że wyglądam jakby mi było bardzo do śmiechu fajna małpa hehehuhuhihiho, ale to było zanim zamachnęła się i wyrwała mi sporych rozmiarów pęczek włosów.
10 minut później kolejna próbowała wyrwać mi nie włosy, a torbę. Ale ja się nie dałam.
Jednak żeby nie uogólniać, poniżej dowód, że są też te bardziej kochane makaki co nawet im się podoba jak je pomiziasz.


Wracamy do Hiszpanii, ok? Krótki spacer po La Linea de la Concepcion i Marbelli.




















Ostatni dzień spędziliśmy w Maladze, trochę to chodząc trochę to się objadając. Zapamiętajcie te nazwy:

Mia Coffee Shop 




Jedna z niewielu malaskich (?) kawiarni speciality, którą udało nam się upolować i która nie robiła sobie szalonej sjesty w ciągu dnia i nie zamykała lokalu od 14 do 18. Do teraz nie mogę wyjść z podziwu, że tradycja (?), zwyczaj ten wciąż funkcjonuje. Mnie doprowadza do szewskiej pasji. Wracając do kawiarni: miło, przytulnie, kawa w porząsiu:)

Julia Bakery






To było ABSOLUTNIE PYSZNE DOZNANIE. Moja tarta budyniowo-waniliowo-jabłkowo-migdałowa to był hit świata.


Mercado Central de Atarazanas



 
 Hala targowa w centrum miasta. Od owoców, po sery i owoce morza. Pierwszy raz objadałam się w kwietniu truskawkami za euro za kilogram.

No i generalnie to ładnie w tej Maladze.






I generalnie było fajnie w tej Andaluzji, ale bez szału.







Szał był za to, jak po wyjściu z lotniska w Berlinie poszliśmy jeść!!!!

Burgermeister pod przystankiem Schlesischer Tor.

To były najpyszniejsze burgery z najpyszniejszym boczkiem jakie jedliśmy. Tak z Wojtkiem postanowiliśmy jednogłośnie. Nie są gigantami, nikt Ci nie zadaje miliona pytań czy średnio słabo mocno wysmażone. Po prostu dają Ci dobrą szamkę i nie zadają pytań. UWAGA: najlepiej pojawić się przed południem, później kolejka będzie nie do zniesienia:)


Było takie pyszne, że nie było czasu dla fotoreporterów.

A po burgerach chodziliśmy na kawę. Do Five Elephant. Po sąsiedzku, bo to wszystko blisko siebie, na Kreuzbergu. Ich słynna kawa i sernik nowojorski kradną moje serce, podniebienie i czas za każdym razem, gdy jestem w Berlinie. Tak już będzie do końca moich dni, jestem tego pewna.



A Pan Barista chyba się nawet ucieszył, jak zapytałam czy mogę mu zrobić foteczkje:)



Obok Five Elephant jest taki duży park, a w tym parku mini zoo i osiołki tam i one są dla was na zakończenie:)



To pa! Do następnego posta.

Podobne posty

0 komentarze