Ostatnia opowieść z Wysp Owczych

1.8.18

Music first:



Jakiś czas temu do rąk wpadł mi "Atlas lądów niebyłych", czyli opowieści i historie o wyspach fantomowych. Pierwsza wyspa, o której pomyślałam i o której bardzo chciałam przeczytać to oczywiście Frisland. Po latach mówi się, że prawdopodobnie była silnie zniekształconym opisem Wysp Owczych. Ku mojemu zdziwieniu i zawiedzeniu nie było jednak żadnej wzmianki na jej temat. Mimo to trafiłam na ciekawy fragment w rozdziale o Atlantydzie, który brzmi następująco: 

Lawrence Durrell pisze o odkryciu listy chorób niesklasyfikowanych przez medycynę:
"Wśród nich znalazłem wyspomanię, opisaną jako rzadka, acz znana przypadłość ducha. Są ludzie (...) których wyspy nieodparcie przyciągają. Sama świadomość, że się znajdują na wyspie, małym świecie otoczonym przez morze, przepełnia ich nieopisaną euforią. Ci urodzeni 'wyspomaniacy' (...) są w prostej linii potomkami Atlantydów.

Po pierwsze: w końcu znam swoje pochodzenie. 
Po drugie: w końcu wiem, co mi dolega.

Jest coś takiego w tych północnych wyspach, takiego nęcącego i pociągającego, co każe wciąż wracać. Że śnią się po nocach i rzeczy z nimi związane zwykle robią tak, jakby ktoś pogłaskał Cię po sercu. Że jak raz pojedziesz, to przepadniesz na amen. Przynajmniej ja tak czuję. Bliscy i znajomi będą dokuczać, że "wy to ciągle w te same miejsca jeździcie, dajcie spokój ile można", ale to wszystko to nic, to nieważne. 
Na szczęście jest parę osób, które podzielają moją fascynację, czy jak Durrell to nazwał: "wyspomanię". Od razu do głowy przychodzi mi historia rodziny, która jako jedyna zamieszkuje Stóra Dímun, jedną z wysp należacych do archipelagu Farojów. Zobaczcie, bo piękne:



Oprócz tego proszę, poznajcie ludzi, których ja poznałam podczas pobytu na Wyspach, a o których nie miałam okazji wspomnieć w poprzednich farerskich impresjach.


Sabina


Nie bardzo lubię gdzieś być i nie mieć kontaktu z osobami mieszkającymi tam na stałe. Wybór couchsurfingu, czy airbnb to nie tylko sposób na tańsze, ale też świadome podróżowanie. No więc nie ograniczając się jedynie do naszej hostowej rodziny, postanowiłam odezwać się do Sabiny, do czego szczerze zachęcał mnie Maciej z Farerskich Kadrów. Nie zastanawiając się długo, będąc już na Wyspach skontaktowaliśmy się z Sabiną, która bardzo entuzjastycznie zareagowała na naszą chęć spotkania się, zapraszając do siebie do Søldafjørdur.


Sabina jest Polką, od kilku lat mieszkającą na Wyspach razem z dwójką dzieci. Jeżeli Wyspy Owcze są wam bliższe niż przeciętnie, możecie kojarzyć ją ze strony Wyspy Owcze FO, którą prowadzi. Spędziliśmy razem kilka ładnych godzin przy kawie i przekąskach, słuchając opowieści Sabiny, dzieląc się spostrzeżeniami, zachwytami, zaskoczeniami. Rozwiała wiele naszych wątpliwości, ale zostawiła też wiele pytań, na które odpowiedzieć musieliśmy sobie sami. Oprócz milionów powodów, za które kocha Faroje i przez które wciąż tam jest mówiła również o tych mniej przyjemnych aspektach mieszkania na Wyspach Owczych. Domyślić się można, które przeważały:)
Osobiście byłam poruszona jej otwartością i gościnnością, którą nam okazała. Minął prawie rok od tego czasu, a ja wciąż pamiętam jej szczerość i bezpośredniość. Jeżeli będziecie planować pobyt na Farojach, koniecznie sprawdźcie domek gościnny Sabiny i jej przyjaciela Tomka:




 Poniżej deszczowe Søldafjørdur, którego nazwa mnie rozczula.






Andrzej

Okazało się, że mój aparat zdążył go zarejestrować, zanim się poznaliśmy.



Andrzej jest kawalerem po pięćdziesiątce. Jeżeli miałoby być tak, że jedyna osoba na świecie może otrzymać miano "wyspomaniaka", to z całą pewnością jest to właśnie on. Nie przypomnę sobie, ile razy odwiedził Maderę, Azory, Wyspy Zielonego Przylądka i mnóstwo innych, których nazwy nie udało mi się zapamiętać. Tym razem postanowił celować w nieco bardziej północną destynację, wybrał więc Wyspy Owcze.
Poznaliśmy się w naszym gościnnym domu, Andrzej wynajmował pokój tuż obok nas. Szybko się zakolegowaliśmy i tak oto pewnego pięknego dnia wyruszyliśmy w wspólną podróż wypożyczonym samochodem Andrzeja.




Naszym pierwszym przystankiem było Saksun, niewielka osada, która prowadzi do jedynej laguny na Wyspach - Pollurin.













Z tym ostatnim zdjęciem wiąże się ciekawa historia. Ponieważ kobieta ze zdjęcia miała podobne tempo spędzania czasu przy lagunie Pollurin, co my, przez dłuższy czas była w okolicy, dlatego była na sporej ilości zdjęć. Chciałam podejść i poprosić o mejla, żebym mogła jej je wysłać, ale tak jakoś się wstydziłam. Kilka dni później spotkaliśmy ją w stolicy, wymieniając się uśmiechem i krótkim "hi". Szczytem było jednak, kiedy wsiadłam do samolotu powrotnego i pierwszą osobą, którą ujrzałam była ona:) To był już moment, kiedy musiałyśmy wymienić się mejlami.


 


W dalszą drogę wyruszyliśmy do Tjørnuvík, gdzie spotkaliśmy autobus pełen Polaków, wracających promem z Islandii z przerwą na Wyspach. Oprócz tego spotkaliśmy też stoisko głoszące, że za jedyne 50kr (25zł) możesz sam sobie przygotować gofra z składników tam będących. Jak za darmo, takich okazji się nie przepuszcza.



 

Co mi się jednak najbardziej podobało, to łapanie łososi gołymi rękoma w potoku. I to zakończone sukcesem!! Mój żołądek, moje podniebienie i cała ja paliliśmy się wewnątrz jednocześnie z podziwu i zazdrości dla wyczynu ojca i jego dwóch synów.

Jak się przypatrzycie dobrze, to na zdjęciu powyżej trzymają wielkiego, właśnie złowionego łososia.





 Dalsza droga prowadziła przez Eiði







By w końcu doprowadzić nas do Gjógv (czyt. dżekf). I nie będzie w tym cienia przesady, jeżeli powiem, że te jedno z piękniejszych miejsc, jakie moje oczy widziały. Tyle odcieni niebieskiego, szarości i błękitu, że aż trudno w to uwierzyć.












Czuję ogromny respekt wobec Północy jak do żadnego innego miejsca. Do wszystkich postaci, pod którymi się kryje. Przyznaję to nieco ze wstydem, że aż tak ich faworyzuję. Czuję respekt wobec przyrody, czuję respekt wobec mieszkańców. Czuję w pewnym sensie respekt wobec ich zwyczajów i stylu życia, wobec ich niezrozumiałych dla mnie języków. Wobec muzyki czuję respekt całkowity, tak jak i do innych form sztuki. Może dlatego, że tak bardzo im zazdroszczę bycia w tym jako bycia w codzienności? Że cała Skandynawia jest dla mnie przeżyciem metafizycznym? A może to ze względu na moje niezrealizowane marzenie pomieszkania na Północy? Z żadną inną krainą nie czuję się tak związana i czasem się zastanawiam, czy nie nastąpiła mała pomyłka i ktoś zapomniał wsadzić mnie od początku w jej realia:)


Nie wiem. Ale często o tym myślę. Może kiedyś w końcu trzeba byłoby się przekonać???








Z Wojtkiem ostatnio zdaliśmy sobie sprawę, że w zasadzie to już prawie liznęliśmy wszystko. No bo Islandii, Szwecji, Norwegii. I Danię i Wysp Owczych. też spróbowaliśmy. I Finlandię też, która swoją drogą nie bardzo zalicza się do Skandynawii. To może teraz czas na tą wyspę, co nazywa się Zielonąkrainą, ale jest bardziej zlodowaciała niż zielona?:) Może kiedyś..


Podobne posty

0 komentarze