Do trzech razy Islandia.



Wyjazdy na północ zawsze są dla mnie swoistym przeżyciem duchowym, zawsze je przeżywam najbardziej, ze wszystkich najbardziej ich wyczekuję. To jest trochę tak, jakby ktoś mnie pogłaskał po sercu. Zawsze zachwycał mnie ten skandynawski kontrast pomiędzy pięknem islandzkich terenów, a ich surowością, bezwzględność pogody i to, jakim szacunkiem mieszkańcy obdarzają Ziemię, na której żyją. Na pierwszy rzut oka monotonia kolorystyczna po chwili staje się fascynującą paletą odcieni zaledwie kilku barw. Wszystko to sprawia, że w kwietniu postanowiłam doświadczyć tego po raz trzeci. Jako entuzjastka islandzkiej sceny muzycznej zawsze też zagadką dla mnie było to, ile wspaniałości rodzi się w tak niewielkim kraju i tym bardziej ciekawił mnie wpływ tego osobliwego otoczenia i sposobu życia na kształtowanie wrażliwości i charakteru Islandczyków. Ciekawe jest to wszystko bardzo. Choć muszę przyznać, że od dłuższego czasu moja i Islandii miłość staje się coraz trudniejsza.

Trochę się bałam zasiadania do tego wpisu, bo wiem co chcę powiedzieć i co chcę przekazać. Ale z drugiej strony boję się, że ktoś źle to odbierze albo odbierze to dobrze ale mu się to nie spodoba i zacznie mnie przekonywać że gadam głupoty i nie mam racji. Ale przecież o uczuciach ciężko jest dyskutować. Z resztą - gdzie mam to zrobić, jeżeli nie na swoim blogu? I tym samym pozbyłam się tego dziwnego ciężaru i poczucia winy za to, co sądzę i jak myślę i co czuję na temat tej Wyspy. Islandii, oczywiście.



Chciałabym jakoś inaczej móc nazywać Islandię, aniżeli Islandią. To słowo jest już tak mocno przewałkowane przez nas, przeze mnie, social media, powiadomienia o supertanichlotach, nowe utworzone połączenia lotnicze, blogi, poradniki, gazety, relacje, teledyski kręcone na Islandii (no dobra - Weronika Izedebska kreci naprawdę dobre, ale ten do piosenki Natalii Przybysz Barta Pogody jest tak stereotypowy że aż mnie śmieszy). Przez wszystko i wszystkich. Zaczynam czuć się źle, kiedy je wymawiam, brzmi jak 'kopiuj wklej' w naszych ustach. "Na Islandii" staje się jedną wielką gulą. Tak jak kiedy pracowałam w gastro i dużo się działo, a wyrażenie "czy drukować potwierdzenie?" stawało się kulką w moich ustach i już za setnym razem miałam problem, żeby je wymówić i brzmiało bardzo niefajnie.

"10 najlepszych wodospadów na Islandii."
"Islandia - porady praktyczne."
"Co zobaczyć na Islandii?"
"Tanie loty na Islandię!!"
"Islandia - doświadczenie prawdziwej wolności"

I tak dalej.
Chyba nie znam nikogo, kto na Islandii nie był, kto nie marzy o tym, by tam pojechać, ma w planach kupno biletów albo właśnie to zrobił. No dobra, znam. Moich rodziców hehe (i wiele innych osób oczywiście, ale i tak chyba mniej niż tych islandzkich).

Wiem, że niezwykle przewrotnie muszą brzmieć te słowa w kontekście... posta na temat Islandii. Moja hipokryzja osiągnęła wysokość Burj Dubai, myślicie.

Dlaczego tak strasznie przeszkadza mi trwający od jakiegoś czasu boom na Islandię?



Jestem z ludzi, którzy szukają wzruszeń i których potrzebują do odpowiedniego funkcjonowania, szukam ich wszędzie. W podróżach, w muzyce, w relacjach z ludźmi. W książkach i filmach, w reklamach i na wystawie, porankach, jedzeniu i miłym geście, wszędzie ich szukam. Islandia i to, co z niej wychodzi w dużej mierze przez długi czas mi ich dostarczała. Nadal to robi. Oczywiście mogło to się wiązać z pewnym zakłamanym obrazem tego miejsca w moich oczach (na pewno tak było), ale to nie umniejsza ich wpływu na mnie. Jak od 10 lat masz padakę na islandzką muzykę filmy, książki, książki o niej. I dodatkowo jak Eyjafjallajokull (czytaj: ejafjatlajokul) wybuchł dzień po Twoich urodzinach TO WIESZ ŻE TO JUŻ PRZEZNACZENIE TAK TAK.

Bo po prostu nikt nie lubi, kiedy jego źródło inspiracji, coś, co kształtujące naszą wrażliwość staje się wodopojem dla całego świata. Lepiej i racjonalniej tego wytłumaczyć nie potrafię. Ciekawa też jestem, czy są osoby o podobnych odczuciach, czy jestem w tym osamotniona.

Ok, wygadałam się. Już mi lepiej. Koniec tego pitolenia, zapraszam na Wyspę. Bo jak już tam jestem, to moje frustracje mijają (do pewnego stopnia hehe).



Reykjavik

Dojechaliśmy do Reykjaviku i mieszkania chłopaków - Kuby i Cezarego. Jak na historie, w których ludzie mieszkają w piwnicach (to nie jest nic dziwnego) to ich mieszkanie jest hitem. I to w samym centrum miasta!

(Aha - uprzedzam. Wpisy będą zawierać mieszaninę analogów i zdjęć cyfrowych - nie bardzo widzę sens rozkładania ich na osobne posty.)


Nasz przyjazd wypadał akurat Wielkanoc, dlatego z Polski oczywiście zabraliśmy żurek w paczce, ugotowaliśmy jajka i śniadanie wielkanocne gotowe:

(Wojtek chyba coś tu próbował zarapować)


To co, krótki spacer po Reykjaviku?




Jedno z takich miejsc, do których wracam przy każdej wizycie to Saegreifinn, znane jako Seabaron. To tawerna rybna zlokalizowana tuż przy porcie. Szaszłyki - ok. Wieloryb - nie-e wieloryba nie zjem. Ale zupa. JAKA TO JEST ZUPA. Homarowa zupa to jest coś, czego musicie spróbować będąc w Reykjaviku. Wygląda stosunkowo niepozornie, podawana z masłem i pieczywem. Ale jest tak syta, że ledwo wcisnęłam dodatkowego ziemniaczanego szaszłyka. No i jak na Islandię nie taka zła cena, bo 1500k.



A po jedzeniu chodziliśmy na kawę. Do Reykjavik Roasters. Ale trochę się zawiedliśmy. I obsługą (w szczególności), i kawą. Może taki dzień.



W sumie będąc w Reykjaviku po raz kolejny (my trzeci) można się wynudzić. Miasto jest dość małe i zdarzało nam się spotkać tych samych ludzi cztery razy w ciągu dwóch godzin (liczyliśmy), albo trafić do tego same miejsca po raz n-ty. A na Islandii ciężko było mi uskuteczniać gastroturystykę - nie mój budżet:)





I tak sobie krążyliśmy, czekając na poniedziałek. Szczerze mówiąc  zasmuciła mnie, rozzłościła i zmęczyła ilość sklepów z pamiątkami i islandzkimi gadżetami za niebotyczne kwoty, które krzyczą z każdej strony, by wejść i wydać pieniądze. W samym Reykjaviku najbardziej też odczułam ilość turystów, która i tak była mniejsza przez bankructwo WowAira tuż przed naszym przyjazdem. Trochę inaczej zapamiętałam to miasto, a minęło zaledwie 4, czy 5 lat. W roku 2017 lotnisko odnotowało prawie dwukrotny wzrost obsługujących pasażerów w porównaniu z rokiem ubiegłym - największy wzrost z wszystkich lotnisk na świecie. Wyobrażacie sobie, że np. Lotnisko w Frankfurcie obsługuje dwa razy więcej pasażerów? 

Ciekawe jest też to, jakie konsekwencje pociągnął upadek jednego z czołowych przewoźników Islandzkich w kontekście tak małego kraju. Np.  Sónar - jeden z większych tuż obok Iceland Airwaves festiwali muzycznych nie odbył się właśnie z tego powodu - zbyt duża liczba uczestników i występujących artystów nie była w stanie dolecieć.




Poniedziałek. To oznaczało jedno - wyruszamy na Północ!!!!!!!



Przed nami kawał drogi nad Jezioro Mývatn. W sumie tak mówię i tak mówiliśmy między sobą, że jedziemy nad Mývatn, a tak naprawdę to nawet się koło niego nie zatrzymywaliśmy. Jego okolice mają o wiele więcej do zaoferowania:) Ale przed tym wszystkim jedna rzecz: 


Godafoss

 

Godafoss, czyli wodospad bogów. Związana z nim jest legenda dotycząca chrystianizacji Islandii ok. 1000 lat temu, kiedy to wszystkie posążki pogańskich bogów zostały wyrzucone właśnie tutaj.




Południowe wodospady Islandii, których jest zdecydowanie więcej niż północnych, znane nam były z dwóch poprzednich wypraw w 2014 i 2015. Z tego też względu wodospady nie były naszym "must see" tak w zasadzie. Niemniej Godafoss i wielka woda robiły wrażenie. 




PONIŻEJ MOŻNA ZAOBSERWOWAĆ ZJAWISKO BARDZO RZADKO WYSTĘPUJĄCE W PRZYRODZIE MIANOWICIE JA I WOJTEK MAMY WSPÓLNE ZDJĘCIE.




Poniedziałek jest dniem niezwykle zajętym, bo postanowiliśmy zrobić jeziorne okolice w jeden dzień, żeby w następny już udać się w stronę Westfjordów. Nie ma więc czasu na kontemplacje i powolne zwiedzanko, ciśniemy dalej.

 Dimmuborgir 

Z pewnością ktoś już wpadł na to, by nakręcić tutaj jakiś film grozy, czy thriller. A przynajmniej jakiś deathmetalowy zespół grał tu koncert albo kręcił teledysk. Tylko ja jeszcze się o tym nie dowiedziałam. Sama nazwa brzmi jak imię jakiegoś straszliwego potwora zrodzone i karmionego całym złem tego świata. Takie jest właśnie Dimmuborgir, z islandzkiego "ciemne miasto". Przedziwne formacje skalne powstałe w wyniku zastygłej lawy tworzące wielkie lawowe pole. Do tego jeszcze pochmurna aura. No był klimacik, trzeba przyznać.


My również nie omieszkaliśmy zrobić zdjęcia na okładkę naszego przyszłego zespołu dark ambientowego. Zgadnijcie jak się będziemy nazywać.








Po prawej stronie widzicie Hverfjall, na który zmierzamy.



Hverfjall

Krater wygasłego wulkanu. Podobno to rzadkość, by wygasły wulkan zachowany był w tak idealnym, kolistym kształcie. Na mnie największego wrażenia nie zrobił sam wulkan, ale fakt, jaka wewnątrz panowała cisza. To było niesamowite.





To się wydaje bardzo mały kraterek. Ale uwierzcie mi, że był duży. Tak duży, że nie obeszliśmy go wokoło. Tylko siedzieliśmy i słuchaliśmy ciszy BYŁO SUPER.
 
 
Tam w oddali już coś dymi. A to dopiero początek..


Hverir 

Na sam koniec największy północny sztos, nagroda dla wszystkich, którzy dotrwali do końca. Pierwsze co przyszło mi do głowy, kiedy zobaczyłam te te kłęby dymu i bajorka na tle rudawego podłoża to Davida Bowie śpiewający: Is there life on Mars???



Ja nie wiem, czy jest życie na Marsie. Wiem jedno: hverir to jedno z piękniejszych i zarazem najbardziej śmierdzących miejsc, w jakich byłam. Po prostu w przyrodzie musi być równowaga. To zdjęcie powyżej, gdzie Kuba stoi w kłębach dymu to poświęcenie. Trust me. W hverir jest jak w bardzo zajętej kuchni: gdzieś bulgocze, gdzieś paruje, gdzieś coś się wylewa, gdzie indziej paruje z zawrotną szybkością. I trzeba uważać, żeby się nie poparzyć. Nawet się zgadza to, że śmierdzi starym jajem bo ktoś zapomniał wyrzucić:)


Szczerze polecam wejść na Námafjall, pobliski szczyt z którego rozpościera się przepiękny widok i który też żyje własnym, siarkowym życiem.



Powoli zaczynało się ściemniać.



Ok, przy Hverfjall, czy Dimmuborgir mogliśmy się trochę spinać w czasie. Ale tutaj już się nie dało. Najbardziej niesamowita rzecz na północy wymaga czasu. Nie zdążymy już na Dettifoss? Trudno, będę musiała obejrzeć Prometeusza (podobno słaby). Nie zdążymy do jaskiń Stóragjá i Grjótagjá? No szkoda, kiedyś w końcu zobaczę Grę o Tron i przy okazji tą sławną scenę seksu w jednej z nich. A tak serio to na chwilę wpadliśmy tam bo to rzut beretem z Hverir, ale jedna z nich była  zamknięta, a w drugiej woda była tak gorąca, że kąpiel byłaby niemożliwa.


Na koniec chciałam jeszcze tylko powiedzieć, że nie wiem, czy zauważyliście, ale jakoś tak mało ludzi na tych zdjęciach w sumie. Nie licząc naszej czwórki oczywiście. I to nie tak, że szukaliśmy specjalnie bezludnych kadrów, tylko no - mniej ich na północy. A w dalszej podróży będzie jeszcze mniej, bo zapuścimy się do najbardziej bezludnych miejsc, ale o tym w kolejnym odcinku i już się cieszę na samą myśl i nie mogę się doczekać! Północny interior to rozgrzewka dnia pierwszego, nasza wyprawa dopiero się rozkręca.

To pa! Do następnego!


Autorzy zdjęć:
Basia Budnik
Wojtek Pastyrczyk
duo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Przemineło z kadrem , Blogger